*

Z przymrużeniem oka: Koniec świata, ale końca nie widać

Więcej czasu dla siebie, choć w pracy. Do tego miłe słowa od szefa. Nastał koniec świata.

Nie wyczekiwałam na 21 maja 2011 roku, ale z chęcią obserwowałam, co będę robić o godzinie 18, kiedy to miał nastąpić ten sądny dzień.

Było już po 18, a ja jeszcze stałam wśród żywych i prowadziłam rozmowę z Varius manx w ramach swojego weekendowego dyżuru. A już myślałam, że będę miała czego pozazdrościć tym, którzy ostatnie chwile swojego życia spędzili w gorącym słońcu, na ploteczkach ze znajomymi, czy też tym, którzy za ostatnie pieniądze wyjechali w podróż dookoła świata.

A ja kupiłam, tylko buty, które przemiękły przez ulewę, która przeszła nad Łodzią. Jeśli to koniec, to może i dobrze, bo buty są strasznie niewygodne - pewnie kara za moje grzechy popełnione na tym świecie.

Skoro mamy już koniec świata, a w zasadzie jego początek, bo ma on trwać 153 dni, to kto wie może dziś na ulicach Łodzi mijałam tych, którzy według przepowiedni Harolda Campinga mieli przeżyć. Czyżbym należała do 200 milionów szczęśliwców i trafili do nieba?

W zasadzie to mogłabym uznać, że jestem w niebie, bo nie wiem jak ono wygląda. Poza tym dzień był jakiś taki spokojny. Na szczęście moi rozmówcy też byli wśród tych "niebnych szczęśliwców". Cieszę się, bo temat mi nie spadł. Niestety w nowym świecie też się pracuje.

O tym, że jestem w niebie uświadomił mnie też mój szef, który pochwalił, a rzadko mu to się zdarza. Oczywiście było jakieś "ale", bo użył stwierdzenia, coś na styl "jak na razie idzie dobrze".

To właśnie ta druga część informacji przywróciła mnie do rzeczywistości. Jednak matematyczne obliczenia Harold Camping nie sprawdziły się, ale wybaczam też nigdy nie byłam biegła z matematyki.

Nie pozostaje mi zatem nic innego niż czekanie na kolejny koniec świata i żywą reakcję ludzi wokół tego tematu.

zgłoś nadużycie
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował
Dodaj swój komentarz: